W Warszawie jest godzina...

15.5.08

Zgroza maturalna

Absolutnie przeraziło mnie słynne już zadanie maturalne z matematyki, a jeszcze bardziej dyskusja wokół niego. Otóż obrońcy tego zadania (także urzędowi, co gorsza) i większość dyskutujących na forum "Gazety Wyborczej", to analfabeci matematyczni. Chodzi w tym zadaniu w istocie o ustalenie stopnia wielomianu, którego fragment wykresu przedstawia załączony rysunek; autorzy zadania wymyślili sobie, że jest to 3, bo widzimy trzy miejsca zerowe czyli punkty przecięcia wykresu z osią x. No i tego zrobić się nie da: nie tylko dlatego, że nie wiadomo, jak ów wykres przebiegnie dalej (wszak to tylko fragment, więc po prawej i po lewej mogą być dalsze punkty przecięcia), ale i dlatego, że ów wielomian może być równie dobrze stopnia 5, 7, 9... i tak dalej; i mieć wykres najzupełniej w narysowanym fragmencie identyczny z danym : wystarczy, że kolejne dwa pierwisatki będą zespolone (już nie chce mi się tłumaczyć dlaczego).

Przed ponad 55 laty moja nauczycielka matematyki, cudowna dama i niewiarygodnie uzdolniona pedagogicznie pani Zofia Fedorowicz, mawiała zresztą, że rysunek służy jedynie wyłącznie do pomocy w rozumowaniu i nie może być niczym innym; wyciągając wnioski "na oko" robi się z reguły błędy. "Odczytywać z rysunku" niczego nie wolno!

Pani Zofia wiedziała co mówi - to tak na marginesie. Wyobraźcie sobie, że nie pamiętam jej przy tablicy z kredą w ręce. Zawsze stała z tyłu klasy, przy tablicy zaś był uczeń; pani Zofia tylko zadawała pytania. Ale nie było to żadne "odpytywanie", ale stawianie problemów: a jak zmienimy założenia na takie a takie - to co będzie? A jak odrzucimy taki warunek, to co będzie? A czy to zadanie zawsze się da rozwiązać? A co w nim zmienić, by się rozwiązać nie dało?

Wychowała - w okresie PRL, bo była nauczycielką jeszcze przedwojenną - chyba z pięciu uniwersyteckich profesorów matematyki i kilkunastu zawodowych matematyków, którzy godności profesorskich nie osiągnęli (bo mieli za mało wyobraźni, jak niżej podpisany, który do dziś żałuje, że nie pozostał w nauce). Nie znam jej ucznia, który by nie dostał się "w cuglach" na studia techniczne czy inne ścisłe; a była to z reguły większość każdej z prowadzonych przez nią klas.

Ona by takiego szmacianego zadania na pewno nie puściła. A już z pewnością nie broniłaby go tak idiotycznie, jak dyrektorzy z Ministerstwa (tfu!) Edukacji.

A co to ma wspólnego z polityką? Może nic, może dużo: osobiście wolałbym, żeby mną rządzili ludzie, którzy potrafią myśleć. Twierdzę zaś, że kogo nie nauczono elementów matematyki - myśleć nie potrafi i jest inwalidą mentalnym. Ktoś za to odpowiada.

Brak komentarzy: